niedziela, 15 lipca 2012

List od żony

Franciszek Nadachowski, mój ukochany mąż, odszedł od nas na zawsze. Był człowiekiem szlachetnym, przyjaznym ludziom. Dysponował ogromną wiedzą fachową i ogólną. Chętnie dzielił się z innymi swoimi wiadomościami z historii, geografii, niektórych dziedzin biologii, językoznawstwa i wielu innych nauk. Władał kilkoma językami, doskonaląc nieustannie tę umiejętność.
Ciężkie przeżycia były Jego udziałem w czasie wojny. W wieku 16 lat stracił ojca, pułkownika Adama Nadachowskiego, który we wrześniu 1939 roku poległ w obronie ojczyzny. Aby uniknąć wywozu przez Sowietów na wschód, musiał wraz z matką, Zofią Nadachowską i siostrą Ireną, opuścić mieszkanie w Kobryniu, gdzie Adam Nadachowski był dowódcą pułku.. Cały dorobek rodziny został przez to utracony. Zawsze żałował pozostawionej tam pięknej biblioteki. Latami nie mógł pogodzić się z tym, że nie zdołał zabrać w ostatniej chwili przygotowanej do druku książki swego ojca p.t. "Ostrów-Dubno-Brody" Opisywała ona walki 49 pułku z kawalerią Budionnego. Dziś miałaby wartość historyczną. Obydwie okupacje: sowiecką i niemiecką mój mąż przeżył we Lwowie. Pokochał to miasto, jakby mieszkał w nim od urodzenia. W czasie okupacji niemieckiej Lwowa był członkiem AK.
Wychowany w rodzinie o tradycjach patriotycznych (ojciec i stryj brali udział w wojnie z bolszewikami, a stryj w niej zginął) - kochał Polskę. Wielokrotnie powtarzał, jak bardzo jest szczęśliwy z odzyskania niepodległości przez nasz kraj.
Wielką miłością otaczał rodzinę. Cieszył się swoimi dobrymi i mądrymi dziećmi, a także zdolnymi i urodziwymi wnukami. Miał długie i ciekawe życie. Do końca pracował naukowo. Dwa dni przed zachorowaniem był na uczelni i omawiał ze swoimi współpracownikami sprawy dotyczące badań. Pozostając zawsze pod urokiem pięknej polskiej przyrody, jeszcze w przeddzień niespodziewanego zasłabnięcia, chodził po lesie swoimi ulubionymi ścieżkami. Powtarzał mi często, że czuje się szczęśliwy.
Teraz odpoczywa po pracowitym życiu.
Ewa Nadachowska.

środa, 18 kwietnia 2012

Kwiecień 2012.
Kac. W moich poprzednich gadkach ukazujących uroki pewnych wyrażeń zachwalałem niemieckie rzeczowniki złożone. Teraz, pod wrażeniem rozbuchanych polemik w naszym życiu politycznym, dodam jeszcze jeden taki rzeczownik. Besserwisser – to znaczy "ten, który wie lepiej". Oj, namnożyło się owych besserwisserów w rozlicznych komentarzach radiowych i telewizyjnych, nie wspominając już o gazetach (które poczytuję z rzadka). No, i spróbuj się takiej "lepiej wiedzącej" osobie sprzeciwić! A niekiedy po rozwrzeszczanej kłótni, która wspina się aż na poziom dyskusji transmitowanej w środkach masowego przekazu, pozostaje nastrój prawie taki, jak ten po alkoholowej libacji, który określamy trzyliterowym słowem "kac", dość popularnym w polskich żartobliwych gadkach. I chyba nie każdy wie, że tu etymologia ukazuje znów jako źródło rzeczownik niemiecki, wcale nie tak wygodnie króciutki jak nasz "kac", bo złożony: Katzenjammer. Czyli "koci lament". Dlaczego w owej jakże ludzkiej (dotyczącej wyłącznie nastrojów Homo sapiens) sprawie nawiązuje się do żałosnego miauczenia tych miłych mieszkańców wielu naszych domów – trudno zgadnąć. Ale tu pytanie, jak określić po polsku tak właśnie nazwane złe samopoczucie po pijackim upojeniu. Próbowano jakieś tłumaczenie wymyślić i do słowników trafiło dość zgrabne słowo "kociokwik" (chociaż, prawdę mówiąc, koty nie kwiczą). Ja jednak wolę ten wspomniany wyżej "kac" - jakże dogodny skrót brzmienia niemieckiego oryginału. A niektórym naszym Besserwisserom złośliwie życzę, żeby czasem przeżyli kaca po swoich gadkach.

środa, 28 grudnia 2011

Put'/doroga. Delektowalem się widokiem jednej z karykatur, którymi pomachiwali rosyjscy "indignados" w swoim tłumnym pochodzie. Przekreślona twarz premiera, a pod nią napis: Nam nie po puti' = nam nie po drodze (z tobą!). Te dwa synonimy, put' i doroga, kursują wśród Rosjan od dawna. Oto fragment sowieckiej wojennej piosenki: "ech put'/dorożka, frontowaja, nie straszna' nam bertioszka grubaja". Nuci ją kierowca na drodze pod linią niemieckich okopów. A żartobliwie zdrobniałe imię Niemki, której on się nie boi, to "gruba Berta" – okrzyczane w 1914 roku wielkie niemieckie działo, z którego wojska Kajzera, po przełamaniu francuskiej linii granicznej obrony, ostrzeliwały Paryż. A więc radzieccy "bojcy'" w swojej piosence o frontowej drodze cofali się w czasie o 30 lat, i to do Francji! (notabene, skąd o tym wiedzieli?). Zatem cofnijmy się teraz aż do czasów sprzed rosyjskiej rewolucji, bo już wtedy rosyjska piosenka odważała się kpić nie tylko z wroga, ale i ze swojej władzy: "Car' ispugałsja (= przestraszył się) i wydał manifie'st, miortwym swobodu, żywym arie'st". A i współczesny rządca Rosji chyba zaczyna się trochę niepokoić o dalszą władzę, do której "doroga" może się "zaputat'" (= poplątać), bo rosną tłumy rosyjskich indignados. Niech sobie rosną, przecież internetu nie da się w ich kraju zakazać.

piątek, 25 listopada 2011

88. To jest nieobca mi liczba, a właśnie dowiedziałem się o niej z mediów czegoś zaskakującego i zarazem niepokojącego. To coś psuje mi dotychczasową zabawę, jakiej dostarczają niecodzienne skojarzenia słowne. Albowiem należę do nielicznej dziś grupy osób, dla których wojenne szaleństwa hitleryzmu stanowiły niegdyś groźbę bezpośrednią. Teraz chodzi mi o to, że w mediach powtarzają się sygnały o wybrykach skrajnych neo-nazistów w Niemczech. Morderstwa ludzi odmiennej rasy, wysadzenie w powietrze domu w Zwickau i inne. Narodowosocjalistyczne Podziemie. I takaż partia: NPD; jej delegalizacji żądają dziś poważni politycy, wyraźnie zaniepokojeni. I oto właśnie natknąłem się w mediach na wzmiankę o wydumaniu przez neonazistów grupowego hasła, niemniej prymitywnego, jak te z lat hitleryzmu. Właśnie "88". Bo ósma litera w alfabecie niemieckiego języka to h. Dlaczego h, i to dwukrotnie?. Bo na tę literę zaczyna się wielbione nazwisko: Hitler. I do niego trzeba dodać "Heil" – coś w rodzaju naszego "niech żyje!". Więc: 88=HH. I tu wracam do wspomnień sprzed lat kilkudziesięciu, codzienności pod okupacją niemiecką. Nie mogłem się wówczas nadziwić, że "Heil Hitler" stanowiło wśród mundurowych Niemców codzienne pozdrowienie, czy przywitanie, coś w rodzaju "Guten Tag" = "dzieńdobry". W polskich uszach brzmiało to "hajlitla". Słyszałem je niejednokrotnie z ust Niemców dyrygujących wówczas naszą grupą młodych Polaków, przydzielaną do różnych robót. I to także w ustach pewnego Leutnanta, który zachowywał się wobec nas przyzwoicie i mógł być nawet lubiany. Dziś takie ogólnie obowiązujące HH na pewno w Niemczech nie wróci, ale jednak pojawiło się ono w jakiejś grupie, zwłaszcza na terenie dawnego NRD (Zwickau). Ich 88 to coś nie tylko głupiego, ale i trochę niepokojącego.

środa, 9 listopada 2011

Moskwa 1611. W naszych mediach niełatwo natrafić na wzmianki o wydarzeniach moskiewskich sprzed czterystu lat. Rocznica odbicia przez Rosjan Minina i Pożarskiego Kremla, w którym rezydowała załoga polska, jest świętem narodowym dzisiejszej, i przedtem sowieckiej, Rosji. A w moim odczuciu my Polacy też powinniśmy częściej wspominać te historyczne lata. Sam fakt ówczesnej polskiej dominacji wojskowej i politycznej w ogromnym kraju (który potem wyrósł niestety na głównego zaborcę Rzeczypospolitej) przypomina nam, że ta Rzeczpospolita była niegdyś potęgą sięgającą daleko na wschód od ziem etnicznie polskich. I głosi to właśnie rosyjskie święto państwowe, w czasie bliskim naszego święta odzyskania niepodległości.

piątek, 21 października 2011

Indignados. Oburzenie zamanifestowali młodzi ludzie w Hiszpanii, ale nie tylko; chyba w całym kręgu naszej cywilizacji następują wydarzenia, których raczej nie przewidywano, a towarzysz Lenin złośliwie uśmiecha się w swojej trumnie: oto macie ten wasz kapitalizm!. Także amerykańskie grupy młodzieży pomstują: "occupy Wall Street!". Bo rzeczywiście, po zawirowaniach finansowych w świecie, jacyś bankierzy powypłacali sobie bezwstydnie wysokie odprawy. Przypominam sobie, co niegdyś przeczytałem o etymologii słowa "bankructwo". Otóż dawno w Italii, ci co wymyślili pożyczanie pieniędzy za słoną opłatą, załatwiali to początkowo w skromnym entourage'u: miejscem pertraktacji była po prostu ława – "banca". Ale jak się skrzywdzony klient zezłościł, to mógł ławę rozwalić. Stąd: "banca rota", czyli połamana i w dalszej ewolucji językowej angielskie "bankruptcy" oraz nasze "bankructwo". Najwyraźniej było dziś tego za wiele i mam nadzieję, że nasz świat znajdzie na to jakąś radę, bo takie bunty to nie błahostka. I niech to będzie działanie skuteczne; wtedy młodzi staną się w pewnej mierze "satisfechos".

poniedziałek, 3 października 2011

"Gasipies". Niedawno zżymałem się na wywijanie nazwiskami w komentarzach, ale teraz sam to zrobię (ojej!). Albowiem ostatnio, dość niespodziewanie, spory kawał obszaru mediów zajął pewien pan – niby "kot", który "pali" się do władzy. Ale jest tak skuteczny w swojej aktywności, że przerasta rozmiary kociaka i powiedziałbym, że to raczej potężny "pies" – dog, który potrafi szczerzyć kły. Jeśli znajdzie się w sejmie, będzie umiał rozpalić i emocje, i działania. Gdyby chciał, mógłby nawet – przy swojej niewątpliwej energii i inteligencji – dać zgromadzeniu ustawodawczemu nieźle "popalić". Na przykład – o zgrozo! – pomóc uruchomić ryzykowne mechanizmy polityczne. Są przecież w sejmie tacy, którzy dla okruchu władzy zaangażują się w wojny o dekompozycję struktur trzeciej Rzeczypospolitej. Tej Rzeczypospolitej, która po kilkudziesięciu latach "przydeptanej" przez Sowiety państwowości odzyskała (bezkrwawo!) prawdziwą niepodległość. I której ustrój spróbują – nazwijmy to oględnie – "nadpalić". W nastroju nieugaszonych nienawiści politycznych. A ja wierzę, że ten – tak nazwany przeze mnie – groźny "pies" nie tylko nie przyłączy się do takich akcji, ale wręcz będzie współdziałać w tłumieniu partyjnych fobii. A zatem nie palić, tylko właśnie gasić. Oto moja nadzieja. Stąd: "gasipies". I przepraszam za żarcik z nazwiska.

środa, 14 września 2011

-kracja. Nie znam greki, ale powtarzam: cieszy mnie, że w językach naszej cywilizacji przetrwały (obok dominującego i uzasadnionego zalewu słów i sformułowań łacińskich) pewne elementy starożytnego słownictwa Hellady. Słownictwa wspaniałej, kwitnącej 2-3 tysiące lat temu kultury małego nadmorskiego kraju, podzielonego na wiele różnie rządzonych miast. Wśród wyrastających z greki dzisiejszych słów warto wskazać rozmaite "kracje" – pochodne greckiego "kratos" = władza. Jest więc powszechnie wychwalana w polityce "demokracja" (od "demos" = lud), którym to słowem szczególnie lubiły wywijać (oprócz samego ZSSR) okołosowieckie dyktatury (także nasza). Sądzę, że to ośmieszało tamte rządy. Zasługiwały na jakieś mniej eleganckie, bliższe prawdy określenie; niestety, "partiokracji" niema w politycznym słownictwie. Jest za to "biurokracja", ich niewątpliwa organizacyjna podpora. Ale mieli pod ręką zarzut, którym można było ciskać we wredny świat kapitalizmu: "plutokracja" – rządy bogatych. Z greki pochodzi też "arystokracja", czyli "rządy najlepszych"; owi rządzący pewnie lubili tak nazywać sami siebie, może nierzadko nawet słusznie. Przykro mi, że tej, czy tamtej, wyłonionej spontanicznie, helleńskiej demokracji można było również przylepić mało dostojne określenie: "ochlokracja" – rządy tłumu. A dziś?. Nie wiem, ale taka droga do władzy zapewne kusi wielu demagogów. Bywały też w Grecji (np w Sparcie) rządy starców – "gerontokracja" i, dla kontrastu, ludzi bardzo młodych – "pajdokracja". A dziś?. Raczej nie, ale jakby tak przyjrzeć się bliżej sąsiednim kontynentom?. W starożytnym Egipcie istniała "teokracja" – rządy kapłanów. Także za oceanem, u Inków i Azteków. No i w naszym świecie, do niedawna, w Tybecie. Również niedawno natknąłem się w jakimś tekście na osobliwe określenie "kleptokracja" – od "klepto" = kradnę. Oj, niedobrze! Bo można by spróbować odnieść taką "krację" do pewnych dyktatur, jakie za naszych czasów wyrosły w Afryce i Azji.

czwartek, 25 sierpnia 2011


Tripolitania. Nie wszyscy zdają sobie sprawę, jak starożytna jest ta nazwa kraju, wszechobecna w dzisiejszych "news'ach". Pochodzi od dostojnego słowa z antycznej greki, polis, którego tak wiele odmian pulsuje we współczesnych językach europejskiej cywilizacji. Zbitka tego słowa z liczbą "tri", pochodząca z jakże odległych czasów rzymskich, oznacza "trzy miasta". Były to: Leptis Magna, Sabrata i Oea, założone jeszcze wcześniej – w VIII-VII wieku p.n.e. – jako rezultat fenickiej kolonizacji wybrzeży zatoki Wielkiej Syrty. Dziś jednak starożytność tego kraju – rozległego, bo obejmuje także pustynny Fezzan (z ropą !) na południe od wybrzeża – mało nas obchodzi. Ciekawe i ważne jest to, czy wreszcie złowią owego krwawego dyktatora, czego i ja mu życzę. A powyższe dane o nazwie Trypolitanii wyciągnąłem z książki historycznej po prostu dla zadumy, a może i dla pewnej dramatyzacji tego fragmentu dziejów świata, który przeżywamy obecnie, pod koniec sierpnia.

poniedziałek, 8 sierpnia 2011


Miliard-mylące słowo. W amerykańskiej dyskusji o kłopotliwej sytuacji związanej z długiem państwowym USA często pada słowo "billion", którego setki oznaczają ułamek jego tysiąckrotnej sumy – "trillion". Uważam, że jest to w pełni logiczna sekwencja nazw owych wielkich liczb określających wielokrotności miliona – słowa jednoznacznego (na szczęście) we wszystkich językach. Ale u nas, w Europie, wtargnęło tu (t.zn. po "milionie") rozszczepiające tę logiczną serię słowo miliard, tysiąc milionów, oznaczające tamten bilion, którego nasze brzmienie liczbowo określa z kolei sumę, odpowiadającą ich trylionowi. I tak dalej, można się niestety głupio mylić. Na szczęście chodzi o sumy dla nas mityczne, których nikt z nas nie ma w banku, w jakiejkolwiek walucie.


poniedziałek, 25 lipca 2011

Urok futbolu. Staram się (choć z trudem) przestać już myśleć o masakrze wokół Oslo, tak zaskakującej tragedii, teraz, w kulminacji skandynawskiego lata. I to w kraju o zaledwie pięciomilionowej ludności, podobno bardziej zadowolonej z życia, niż obywatele znacznie większych państw europejskich Dla kontrastu, przenieśmy się na półkulę południową, do wcale nie smutnej kulminacji rozgrywek futbolowych. Niewątpliwie wielka radość zaledwie czteromilionowej ludności Urugwaju ze zdobycia Copa America przez ich narodowa drużynę, po prestiżowym zwycięstwie 3:0. A do finału dotarł (to też sukces) drugi latynoski "gwaj", niewiele większy populacyjnie: Paragwaj. Po drodze odpadły futbolowe mocarstwa: Argentyna i olbrzymia (nie tylko terytorialnie, ale i ludnościowo) Brazylia. Oto wielki urok rozgrywek piłki nożnej: nieoczekiwane triumfy!.

A nasi piłkarze? Najczęściej wspomina się tych, którzy strzelają efektowne bramki – a więc Deyna! – to jeszcze nie tak dawno. Ale pewnie prawie nikt z naszych współczesnych kibiców nie zna nazwiska Wilimowskiego – przedwojennego znakomitego napastnika ze Śląska, chluby naszej reprezentacji. W czasie wojny przygnębiła mnie wiadomość, że trafił wtedy do drużyny narodowej hitlerowskich Niemiec, nie wiem, w jakich okolicznościach. Ślązacy automatycznie stali się obywatelami Grossdeutschland, i pamiętajmy, że jakikolwiek sprzeciw mógł w tych warunkach pociągnąć za sobą śmiertelnie groźne represje.

Futbol to wspaniała gra, kopana, z absolutnym wyłączeniem rąk wszystkich zawodników (poza bramkarzem). Ale przy tym kopaniu bardzo ważna jest też "główka" (w niej również zamysł taktyczny, refleks itp). Tu zaznaczam przy okazji naszym małym miłośnikom tej pięknej gry, że hiszpańskie słowo "copa" (wymawiane "kopa") znaczy puchar i nie powinno się kojarzyć z naszym czasownikiem określającym najważniejsze ruchy futbolisty.

Copa America dotyczy Ameryki Łacińskiej. A dlaczego ten sport nie rozkwita w wielkim USA aż tak, jak w małym Urugwaju?. Nie wiem. Tak samo, jak nie jestem w stanie zrozumieć ani zasad, ani ogromnej popularności w północnej Ameryce tego innego, "ichniego" futbolu.

Trzeba na koniec przypomnieć, że ten niewielki Urugwaj ma zaiste chlubną przeszłość w wieloletniej światowej historii turniejów "prawdziwej" piłki nożnej.

poniedziałek, 4 lipca 2011

Władzolubne Cwaniaki (=WC). Działalność polityczna nie może się bez nich obejść i zasilają oni hierarchie wszystkich partii. To chyba nieuniknione i ich obecność nie dyskwalifikuje demokracji jako ustroju, w którym grupy ambitnych osób dążą do władzy poprzez wyborczy sukces. Ale czasem mam ochotę gniewnie pomrukiwać, kiedy politycy w swoich publicznych deklaracjach prezentują się zbyt natrętnie jako bezinteresowni patrioci, a także ich władzolubność sprawia, że niekiedy przeskakują z partii do partii. Na przykład jeden pan o prestiżowym nazwisku przewędrował z wysokiego stanowiska w partii "chrześcijańskiej" do innej, o wiejskim obliczu, zasilanej chyba przez wiele osób partyjnych niegdyś, w czasach PRL. A wówczas ideologia kierowniczej partii, PZPR, była nie za bardzo "chrześcijańska". Ale teraz tenże ambitny polityk znalazł się w kolejnej partii – ważnej, o prawicowym, patriotycznym obliczu; często wypowiada się publicznie, jako reprezentant jej poglądów. Oczywiście chrześcijańskich. Trochę mnie martwi, że jego nowa (trzecia już) partia nie oburza się na to, co ostatnio naplótł w Brukseli o naszym państwie, rządzonym przez nie-Polaków, pewien cwany w prowadzeniu interesów przedsiębiorca. Ale ten przedsiębiorca jest również duchownym, więc może niezaprzeczanie mu stanowiłoby element bycia "chrześcijańskim"?. Pamiętam, że nasz "skoczny" (w sensie przeskakiwania z partii do partii) polityk został kiedyś zagadnięty przez dziennikarza po angielsku. Odpowiedzi jakoś nie było, bo nauka angielszczyzny mogła znajdować się wtedy w stadium początkowym. Ale dziś ten pan może się poczuć na mnie obrażony, bo już na pewno wie, co znaczy WC w owym języku. Chyba jest w naszej polityce więcej "skocznych" osób; niekiedy te wędrówki z jednej partii do innej uzyskują spore nagłośnienie – jak w przypadku pewnej miłej i bardzo kompetentnej pani. W pełni uznaję, że bez "władzolubności" nie byłoby tak cennej w światowej polityce struktury demokratycznych wyborów; wolałbym jednak trochę mniej jawnego cwaniactwa. I czy państwo dziennikarze nie mogliby nieco rzadziej szastać wygasłymi tytułami (choć wiem, że to sprawa uprzejmości wobec rozmówcy) ?. Na przykład nie zwracać się "panie premierze" do kogoś, kto niegdyś był, i to krótko, wicepremierem. Było, minęło – razem z partyjną, wówczas aktualną, koniunkturą. Ten mój wywód zakończę żarcikiem. Być może pewien były dygnitarz rządowy nie zna angielskiego, ale mógłby się stropić, poznając brzmienie słowa "trędowaty" w tym języku.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

"Chinafryka"?. Znów poruszył mnie ewenement chińskiej penetracji "czarnego kontynentu". W komentarzu BBC usłyszałem, że w Angoli działa już milion przybyszów z Azji, pracowitych i kompetentnych, witanych z entuzjazmem przez mieszkańców tego rozległego kraju, wcześniej zdewastowanego przez wieloletnią morderczą wojnę domową. Wybuchła ona, jak to w Afryce, zaraz po wyparciu portugalskich kolonizatorów, przy udziale m.in. sowieckich wpływów ideologicznych, wspieranych przez ekspedycje oddziałów kubańskich. Teraz Chińczycy sprawnie odbudowują bardzo ważną linię kolejową, sięgającą daleko na wschód Angoli, poprzez obszary pustynne. Chodzi tu o transport ropy naftowej. W sąsiedniej Zambii ci przybysze nie są aż tak mile widziani przez część ludności. Nie wszystkim podoba się to, że rząd Chin opowiada się za "nieinternowaniem" w sprawy kolejnego państwa tego obszaru, Zimbabwe. Bo tam, już od 30 lat, brutalnie rządzi stary fizycznie, ale ciągle energiczny w operacjach masakrowania wszelkiego oporu, niby-komunistyczny dyktator Robert Mugabe. Oczywiście wszystko to dzieje się na tle nieuleczalnych nienawiści plemiennych. Ale ogólnie Chińczycy to chyba realna szansa na postęp techniczny i gospodarczy w Afryce i autorytarna władza temu nie przeszkadza. A może właśnie pomaga, jak w ich ojczyźnie?. Czyżby to była perspektywa rozwoju dla kontynentu afrykańskiego?. Spróbujmy pomarzyć: napływ dalszych, nawet dziesiątków milionów, sprawnych i oddanych pracy Azjatów, nie uwikłanych w plemienne waśnie, a dających wzór racjonalnej gospodarki, może też wymuszających pragmatyczną mentalność u Afrykanów młodego pokolenia?. Taka "Chinafryka" mogłaby dołączyć do nowej struktury świata, która już ogarnia Azję Pd.-Wsch.

sobota, 18 czerwca 2011

NSDAP=Nazional-sozialistische Deutsche Arbeiterpartei. Narodowo-socjalistyczna niemiecka partia robotnicza. Przywołuję tę (raczej dziś zapomnianą) nazwę partii Adolfa Hitlera, trzonu ruchu politycznego, który w latach 30-tych ubiegłego wieku dwu wojen światowych opanował, w zasadzie legalnie, demokratyczną po zawaleniu się cesarstwa republikę niemiecką. Chcę bowiem zwrócić uwagę na niemałe podobieństwo z dwudziestowieczną nazwą rosyjskiego mocarstwa – ZSRR: Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich. Podobieństwo, bo tu socjalizm i tam socjalizm. Ponadto u Hitlera była jeszcze wzmianka o robotnikach, a to przecież słowo wszechobecne w oficjalnym, partyjnym bełkocie sowieckim, choć nie wstawione do nazwy państwa. Dziś dziwię się, że w niektórych komentarzach pobrzmiewa jakoby zasadnicza polityczna odmienność tych dwu partii i państw: tam – skrajna prawica, tu – skrajna lewica. Otóż moim zdaniem niema między nimi aż takiej odmienności, a dominuje cecha wspólna: zbrodnicza dyktatura. W rozwoju hitleryzmu naprawdę obecne były (zwłaszcza na początku) hasła socjalistyczne, tylko z akcentem na przymiotnik "narodowe". A drugie wspólne z hitleryzmem słowo, absolutnie dominujące w praktyce rządzenia w Sowietach i duma tych, którzy rządzili, to święte słowo "partia". W jej nazwie:WKP(b) = Wszechzwiązkowa Komunistyczna Partia (bolszewików), widnieje jeszcze owo ważne historycznie "b". Notabene u nas, w Polsce, miewa ono posmak potępiający. Bo choć w Sowietach mawiało się z dumą "zrobimy to po bolszewicku", w PRL nikt się chyba działaniem "po bolszewicku" nie chwalił. A nawet można było u nas dawniej usłyszeć potępiający okrzyk: "toż to prawdziwa bolszewia!".

sobota, 28 maja 2011

Obama/Osama, Mubarak/Barak. W komentarzach otaczających wir, który skłębił się teraz w polityce światowej, w niedbałych wypowiedziach zdarza się przeplatanie nazwisk i imion bohaterów znaczących wydarzeń. Niedawno słyszałem w radiu, zaraz po tym, jak służby podległe amerykańskiemu prezydentowi dopadły w Pakistanie szefa morderców z Al-Kaidy, wypowiadane na przemian słowa różniące się tylko jedną głoską: Obama (a więc nazwisko, jego imię to Barak) i Osama (a to przecież imię, jego nazwisko to Ben-Laden). Mało uważnemu słuchaczowi mogłoby się pomieszać to, co się powiedziało o najważniejszym w dzisiejszym świecie prezydencie, z tym, co dotyczy ustrzelonego właśnie wodza terrorystów. I jeszcze Egipt: Niedawno strącony z piedestału dyktator to Mubarak (nazwisko!), a jakby w ogniu dyskusji politycznej bąknąć ciszej owe "mu", to usłyszymy "Barak"! – najważniejsze dziś (a trochę egzotycznie brzmiące) imię: imię kogoś, kto na pewno nie jest dyktatorem. Prawdziwy mętlik.

niedziela, 1 maja 2011

Kto dziś uosabia Polskę?. To ważne, bo wiadomo, że dla zwykłych ludzi na świecie jakiś odległy kraj (o ile wiedzą o jego istnieniu) kojarzy się często ze znaną powszechnie osobistością. Gdy takiego skojarzenia brak, wtedy łatwiej o wpadki, spośród których jedną tu przytoczę. Tuż po zakończeniu pierwszej wojny światowej ówczesny premier brytyjski, Lloyd George, podobno oburzał się, że ci (jacyś tam) Polacy żądają przyłączenia do ich powstającego państwa obszaru nazywanego fonetycznie (w brzmieniu angielskim) "SAJLIZJA" (Silesia). Chyba pan premier nie bardzo wiedział o istnieniu Śląska, ale wiedział coś o Cylicji (Cilicia), krainy na południu Turcji (a brzmienie jej nazwy w jego języku jest niemal identyczne, jak to powyżej). Więc czego those Poles chcą tam, nad morzem Mediterranean?. Ale na szczęście działały wtedy na zachodzie znane w świecie polskie osobistości: Roman Dmowski i Ignacy Paderewski.

A dziś?. W latach 80-tych kupowałem coś w sklepie w Rimini i nie bardzo mogłem się z Włochem dogadać. Gdy odrzekłem na pytanie, skąd jestem, natychmiast padło: Polonia?. Un papa grande! Wielki papież! Zabrzmiało to jak wielka pochwała Polski. No bo niewielu było w historii papieży nie-Włochów. Podobna uciecha zdarzyła mi się na statku greckim w rejsie Ateny-Kreta. W odpowiedzi na słowo "Polonia" usłyszałem prawie okrzyk, wskazujący niewątpliwie najbardziej znaną współczesną polską osobistość (fonetycznie w brzmieniu angielskim): "LECZ UALESA"!. A więc dzisiejsza Polska kojarzy się w niejednym kraju z Karolem Wojtyłą i Lechem Wałęsą – osobami znanymi w świecie. Bardzo żałuję, że temu drugiemu próbuje się tu i ówdzie przypisać (wbrew orzeczeniom sądu) współpracę z UB. Niegodziwie, a także głupio z punktu widzenia prestiżu naszej ojczyzny. Niech no teraz, do nazwiska człowieka, o którym w świecie wiadomo, że podważył w Europie Środkowej sowiecką dominację (i aktualnie ma doradzać Tunezyjczykom w sytuacji powstałej po obaleniu ich dyktatury), nagle przylgną dwa słowa (wywleczone z rozpowszechnianych w Polsce podejrzeń): "communist agent".

środa, 13 kwietnia 2011

Koniec Gbagbo i co dalej?. Ten były prezydent blisko dwudziestomilionowego afrykańskiego państwa – Wybrzeża Kości Słoniowej – został właśnie, po krwawych walkach, ujęty i wyprowadzony z bunkra w pałacu prezydenckim w stolicy Abidżanie. Przedtem zdążył jeszcze wygłosić przemówienie, którego skrót można było usłyszeć w wiadomościach BBC. Zdumiałem się. Nie było w tym skrócie wzmianki o sytuacji kraju ogarniętego nagłą wojną domową, o tysięcznych ofiarach masakry, o masach uchodźców, o argumentach prawnych. Jedyne, co zapamiętałem z relacji TV o wystąpieniu exprezydenta to to, że Gbakbo przecież kocha życie i nie chce zginąć. A więc mówił o sobie – i tyle!. A sprawował urząd prezydenta przez dwie kadencje, potem przegrał wybory na rzecz kandydata z północy kraju, Ouattary, ale mimo legalnego końca swojej władzy i nacisków międzynarodowych nie chciał ustąpić ani on sam i jego "pierwsza dama", ani jego zbrojni poplecznicy.

Nasuwa się tu pytanie, przez ile jeszcze dziesięcioleci powtarzać się będą w młodych państwach afrykańskich takie warianty zmiany władzy?. Kraj nad zatoką Gwinejską, o którym tu mowa, to sporej wielkości była kolonia francuska, wykrojona dość dowolnie z mapy Afryki, także w głąb lądu, poza samo wybrzeże, z którego, oprócz tradycyjnego wywozu niewolników (i niegdyś złota), pozyskiwano kość słoniową. Stąd nazwa: Cote d'Ivore = Ivory Coast, a jego mieszkańcy to, jak usłyszałem w naszym radiu, "Iworyci". Ale, rzecz jasna, to nie naród, ale mieszanka różnych "ludów": Akan, Kru, Bete, Malinka, Mande i in. oraz religii: animistów, muzułmanów, katolików. I co będzie po jakimś czasie, pod rządami nowego prezydenta, tym razem tego z północy?. Czy wróci tradycyjny wariant: walki, masakry, tłumne ucieczki ludności?. A może jednak rozwinie się kiedyś w Afryce inny model państwa, wprawdzie wieloplemiennego, ale trwale przestrzegającego prawa i pokoju?. Była by to znacząca nowość w politycznej historii świata. Szanse nie są wielkie. Do znacznej części Afryki może też wtargnąć chiński model władzy.

poniedziałek, 28 marca 2011

Ratujmy "po prostu". Ten przysłówek, moim zdaniem niezbędny, szybko zanika w naszej mowie potocznej. Wypycha go słowo "normalnie", które przechwyciło funkcję słowa "po prostu" m.in. w popularnym serialu TV "Rancho". I co, mamy teraz na przykład zamienić gniewny okrzyk "to jest po prostu skandal!" na "to jest normalnie skandal"?. Czyli skandal stałby się czymś normalnym?. Wątpiących w potrzebę zachowania "po prostu" odsyłam też do słownika, gdzie można dowiedzieć się o jeszcze jednej (choć rzadszej, a jednak potrzebnej) jego funkcji, określanej uczenie mianem operatora metatekstowego. A w językach najbliższych sąsiadów nie zachodzi, jak mi się zdaje, taka jak u nas ewolucja, która by zawężała powszechne dziś stosowanie niemieckiego "einfach" i rosyjskiego "prosto" w znaczeniu naszego "po prostu".

Uznaję nieuchronność zmian językowych jako cechę każdej epoki, ale wskażę tu kolejną zmianę z tych, które mi się nie podobają. Chyba zbyt często zamiast "trudno" słyszy się teraz "ciężko". A co będzie na przykład z ważnym wyrażeniem: "mówi się: trudno!"?. Co prawda Niemcy załatwiają oba te przysłówki jednym "schwer", ale nie musimy ich w tym naśladować. Absolutnie nie wierzę niektórym politykom, że przyszło nam teraz żyć w niemiecko-rosyjskim kondominium. A zresztą właśnie Rosjanie zachowują niezmiennie swoje "trudno", m.in. w miłej piosence o podmoskiewskich wieczorach.

I jeszcze o rozpowszechnionym u nas obecnie słówku "no" zamiast normalnego "tak" (może to jest skrócone "no właśnie?). Po włosku, hiszpańsku, angielsku (tu z nieco inaczej wymawianą samogłoską) oznacza to dokładną odwrotność "tak". I w ogóle w Europie od "n" zaczyna się przeczenie, a nie twierdzenie (francuskie "non", niemieckie "nein", czeskie i ukraińskie "ne', rosyjskie "niet" itd). I tylko u nas mają się te znaczenia przekręcić?. Z tym pogodzić mi się trudno (czy może mam napisać "ciężko"?).

Ale na koniec notka o powszechnym przenikaniu różnych słów i powiedzeń poprzez granice językowe w naszej Europie, które to zjawisko wcale mnie nie martwi. Często słyszy się o tak lubianych francuskich restauracyjkach, zwanych "bistro". Chyba mało kto wie, skąd ta nazwa pochodzi, a ja kiedyś o tym przeczytałem: z czasów napoleońskich!. Po klęsce armii Bonapartego w Rosji i jej późniejszym odwrocie konne oddziały cara Aleksandra wtargnęły aż do Francji. I podobno w Paryżu niejeden kozak z konia żądał pośpiesznego podania mu posiłku: bystro!!. Po rosyjsku to znaczy właśnie "szybko" (a nie dotyczy tylko, jak u nas, bystrego strumienia lub umysłu). I ten historyczny epizod pozostawił swój ślad w nazwie barów szybkiej obsługi, którą Francuzi (może dla egzotyki dziwnego słowa) jakoś zaakceptowali.

poniedziałek, 14 marca 2011


Wrażenia z Japonii lat 80-tych. Latałem do Japonii 4 razy, realizując umowę licencyjną z firmą Harima Refractories, która kupiła nasz patent i technologię (t. zw. "know-how"). Były to krótkie, 1-2 tygodniowe wizyty robocze w zakładach partnera, a także głównego odbiorcy jego produktów, koncernu Nippon Steel. Obecny bezprecedensowy kataklizm na oceanicznym wybrzeżu wysp japońskich przywołuje w mojej pamięci niektóre refleksje z tamtych czasów.

Jeszcze przed zawarciem kontraktu licencyjnego złożył mi wizytę w Krakowie (po uprzedniej wymianie listów) profesor Kenya Hamano z Yokohamy i zdziwało mię jedno z jego pierwszych (nie technicznych!) pytań: to u was niema trzęsień ziemi?. Potem, w Japonii, taka możliwość raczej nie przychodziła mi na myśl. Raz tylko zdziwiłem się widząc, że nad drzwiami pokoju hotelowego umieszczona była ręczna latarka, gotowa do użytku. Dopiero później wyjaśnił mi to inżynier z Harimy: właśnie chodzi o to, aby w razie trzęsienia ziemi ułatwić wydostanie się po ciemku z walącego się budynku. A teraz, w dniach niszczącej katastrofy spowodowanej ruchami skorupy ziemskiej, w niektórych komentarzach podkreśla się z nadzieją fakt wysokiego stopnia zorganizowania społeczeństwa i władz japońskich, co może znacznie ułatwić akcje ratunkowe i odbudowę. Moje osobiste obserwacje sposobów działania Japończyków, zapewne powierzchowne, ale związane z ważnym aspektem tej sytuacji – techniką, zdają się potwierdzać taką nadzieję.

I oto moja relacja z jednej z fabryk, z lat 80-tych. W pewną sobotę (to niby wolny dzień) trzeba było przygotować, według moich bezpośrednich wskazówek, kilkadziesiąt kg specjalnej masy ceramicznej. Asystował temu prezes firmy. I właśnie ten dygnitarz osobiście złapał taczki napełnione przygotowaną według mojego przepisu masą i podwiózł ją pod otwór wlotowy pieca obrotowego, do którego miała być załadowana. W naszych hierarchicznych relacjach międzyludzkich coś takiego chyba by się nie zdarzyło. Potem było trochę trudności. Powstała kontrowersja, związana ze sposobem umieszczenia termopary rejestrującej temperaturę prażonej w piecu masy, w której musi powstać pewna ilość fazy ciekłej, umożliwiającej silne sprasowanie gorącego materiału pod wysokim ciśnieniem. Postanowiłem ręcznie sprawdzić zachowanie się pod naciskiem próbki masy pobranej z pieca i poprosiłem, po angielsku, o szczypce-kombinerki = pliers. I tu konsternacja, inżynierowie nie zgadli, o co chodzi, bąkali między sobą: plajers? plajers?. Słysząc to chwyciłem długopis i na skraju leżącego na stole arkusza papieru z jakimś projektem nagryzmoliłem jako-tako szczypce. Zrozumieli mój obrazek, natychmiast przynieśli kombinerki, a ja podsunąłem im pod nosy ściśniętą w nich próbkę masy pokazując, że jeszcze nie jest wystarczająco gorąca: sypie się, a nie klei. Sprzeciwu już nie było, posłusznie przedłużyli operację prażenia całej masy aż do wystarczającego przekroczenia t.zw. "temperatury czerwonego żaru" i potem prasowanie "na gorąco" próbnych kształtek ogniotrwałych udało się, zgodnie z procedurą będącą przedmiotem naszego patentu. Zorganizowali kolejne czynności szybko, sprawnie, pragmatycznie Zachowanie się tej grupy pracowników Harimy, jeśli można je uznać za typowe dla całego kraju, kojarzy mi się (mimo że jest to oczywiste uproszczenie) z pytaniem, co zrobią Japończycy po strasznym kataklizmie, który wydarzył się teraz. Ja wierzę, że będą działać najlepiej jak można w tych tragicznych okolicznościach.

I jeszcze wspomnienie czegoś, co uznałem wówczas za cud japońskiej techniki. Stalownia Ohgishima, umieszczona na ogromnej żeliwnej platformie na morzu, przy największej wyspie tego kraju, Honshiu. Niezwykłe rozwiązanie techniczne, zapewne wymuszone dramatycznym brakiem miejsca na samym wybrzeżu. Zjawiłem się tam służbowo, aby przedstawić tamtejszym inżynierom, klientom Harimy, nowość i walory tego, co będzie niebawem wytwarzać Harima w oparciu o naszą licencję. Oglądając hutnicze instalacje, przechodziłem obok osobliwości wartej podziwu: na środku platformy sztuczny stawek, trochę zieleni wokół i pływające kaczuszki!. Budując stalownię na oceanie, jeszcze wysilili się na takie upiększenie!. Ale to wszystko na pewno zostało teraz zmiecione przez tsunami.

środa, 23 lutego 2011

Łacina. Znowu mam ochotę czepiać się niektórych polityków, a także komentatorów, którzy próbują popisywać się efektownymi cytatami z obcych języków. Tym razem chodzi o łacinę i znane od dwóch tysiącleci wyrażenie: "pacta sunt servanda" = "umów należy dotrzymywać". A tu i ówdzie słyszę: "serwanta". Do licha, tu jest ważne to "d", a nie "t"! – tak jak w znanym z historii dramatycznych zmagań Rzymu z Kartaginą, powtarzanym w kolejnych mowach Katona Starszego wezwaniu: "cae'terum ce'nseo Cartha'ginem delendam esse!" (= "poza tym sądzę, że Kartaginę należy zniszczyć"). Notabene (ojej, to także łacina!), ten postulat został (niestety) zrealizowany w pełni w finale trzeciej wojny punickiej. Doniosłość rozróżniania w łacinie funkcji obu wymienionych tu głosek (różniących się tylko dźwięcznością) można wykazać na przykładzie polskich wyrazów "agent" i "agenda". Ten pierwszy (i późniejsza "agencja") pochodzi od łacińskiego "agens" = "działający", ten drugi zaś oznacza rzecz do wykonania, a więc m. in. program jakiegoś urzędu, czy gremium (oj, znów ja sam bluzgam tą łaciną!).

W czasach mojej młodości słowem "łacina" zdarzało się określać (z żartobliwą przyganą) niecenzuralne wtrącenia w potoku słów kogoś mówiącego w nastroju negatywnego podniecenia, czy wręcz irytacji. Były to przerywniki takie jak moje "do licha!" w tym tekście, lub nieco bardziej stanowcze: "psiakrew" i "cholera", uchodzące jednak wtedy za zbyt wyraziste, niegrzeczne. Używano więc łagodniejszych zamienników: "psia kostka" i "holender". A dziś?. Króluje pięcioliterowe wtrącenie, oznaczające (jeśli użyte nie jako przerywnik akcentujący negatywne podniecenie w tym, co się mówi) pewien damski zawód, mało szanowany. Na wysokim poziomie irytacji niektórzy dodają jeszcze słowo trzyliterowe, już bardzo niegrzecznie, a taki zestaw przywędrował do nas chyba z arsenału ruskich przekleństw, podobnie jak i wariacje pewnego wschodniego czasownika, którymi wywijał m. in. Fredro w niecenzuralnych (poza swoją piękną wydawaną oficjalnie twórczością) wierszydłach. Ordynarna zbitka trzech słów trafiła też (wraz z rymem) do szeroko rozpowszechnionej w latach pierwszej wojny światowej śpiewki carskich żołnierzy, szturmujących z dużymi stratami austriacką twierdzę Przemyśl. Nie naśladujmy ich! Jeśli już nie możemy się powstrzymać od gniewnego wtrącenia, to pozostańmy przy tym zamienniku ze świata drobiu, nie bardziej niegrzecznym niż owa dawniejsza "psia kostka".