piątek, 31 grudnia 2010

Nazwiska. Obrusza mnie wygodny obyczaj jakże licznych komentatorów radiowych w Polsce, którym chyba nie chce się wymawiać dwu słów "przeciętny obywatel" i zastępują je nazwiskiem: Kowalski: Kowalski widzi, musi, wie (lub nie wie) itd.. Dlaczego czepili się jego, a nie Nowaka, który jest u nas nie mniej liczny (ale nie aż tak jak w Korei Kim, którego się tam chyba nie traktuje w ten sposób). A w Polsce było i jest obecnie wielu wybitnych Kowalskich; na prawdę nie wypada wymachiwać tym nazwiskiem w kontekście przeciętności, czy typowości. Nie robią też tego dzisiejsi Niemcy z Muellerem, czy też Meierem, ale zapamiętałem taki oto incydent z czasów hitlerowskich: Herman Goering zapowiadał jakąś wielką akcję sił lotniczych Reichu, kończąc pogardliwymi dla pospolitego nazwiska słowami: "jeśli nie, to ja nazywam się Meier (wenn nicht, dann heisse ich Meier)". Oczywiście pozostał jednak przy swoim (prestiżowym?) nazwisku aż do klęski i skazania zbrodniarzy wojennych na śmierć przez sąd w Norymberdze. Notabene, wykonania wyroku udało mu się uniknąć, bo dzień wcześniej, mimo drobiazgowej kontroli alianckich władz więziennych, zdołał popełnić samobójstwo; podobno truciznę ukrył w fałdach swego potężnego brzucha (wg. innej wersji w fajce). Dodam jeszcze jedną dygresję: nie wiem, dlaczego w Niemczech najwięcej nazwisk pochodzi od młynarza, podczas gdy u Anglosasów od kowala (Smith), tak jak i u nas (może bardzo ważne było podkuwanie koni?). Nie ma tego problemu u Skandynawów: królują u nich nazwiska patronimiczne, różne Peterseny, Johansony itd.

A w Rosji zapewne nadmiernie wywija się nazwiskiem Iwanow. Tu pozwolę sobie na kolejną dygresję: jest tam także wielu (choć nie aż tylu) Miedwiediewów – na pewno relatywnie więcej, niż u nas Niedźwiedzkich (no bo mamy też znacznie mniej niedźwiedzi). I jeszcze dodam ciekawostkę z języka ukraińskiego, który nazywa to piękne zwierzę takimi samymi zwrotkami, jak język rosyjski (i polski), tylko o przestawionej kolejności: "wid'mid'".

A prezydentowi Rosji sprzyjam, jeśli naprawdę próbuje demokratyzować i modernizować swój kraj.

piątek, 24 grudnia 2010

Korea. Bliska mi osoba miała przed trzydziestu laty okazję bezpośredniego przyjrzenia się temu, jak żyje się w Korei Północnej. O dziwo, istniała wtedy niebłaha wymiana nie tylko handlowa, ale też naukowa, pomiędzy tym osobliwym państwem i naszym (jednak wyraźnie mniej osobliwym) PRLem. Sprowadzaliśmy stamtąd dość regularnie wysokoogniotrwały półprodukt, magnezyt spieczony, niezbędny materiał na obmurza wielu urządzeń w stalowniach. Jego ocena była wówczas fragmentem tego, co należało do moich obowiązków tu na miejscu. Ale dziś trudno uwierzyć, że w latach 80-tych udawało się także organizować wyjazdy właśnie tam, do Korei, i to z misją stricte naukową, całkowicie poza sferą kontaktów techniczno-handlowych. I oto impresje krakowskiego biologa, szefa trzyosobowej delegacji realizującej polsko-koreańską wymianę naukową. W pociągu zostali umieszczeni w osobnym wagonie, zupełnie pustym. Pusty okazał się też dworzec, chociaż za ogrodzeniem można było dostrzec tłum cisnących się ludzi, niewątpliwie usuniętych z samego dworca z powodu wizyty cudzoziemców. Od razu nasuwa się refleksja: przecież taka wyjątkowa organizacja nie mało kosztuje oraz, co ważniejsze: jak można tak traktować zwykłych obywateli kraju socjalistycznego, o nazwie Koreańska Republika LUDOWO-Demokratyczna, którą rządzi tenże LUD (właśnie ad hoc wypędzony z trasy przejazdu)!. Chociaż... jest odpowiedź! W imieniu tegoż LUDU rządzi UKOCHANY PRZYWÓDCA (w moim opisie pozwolę sobie na stosowanie skrótu UK), towarzysz Kim Ir Sen!. Więc jego rozkazy są niepodważalne. Przymiotnik "demokratyczna" również temu nie przeszkadza, bo właśnie, zgodnie z antycznym greckim źródłosłowem, oznacza on "ludu rządy" i to LUD ateński wybrał sobie niegdyś na przywódcę na przykład Kleona.

A oto co działo się dalej, w tym co tu opisuję: sam szef polskiej delegacji został umieszczony w osobnej limuzynie, w towarzystwie miejscowego biologa mówiącego jako tako po rosyjsku (który zresztą odzywał się niewiele) i drugiego dżentelmena – niewątpliwie decydenta pilnującego prawidłowego przebiegu wizyty. Pozostałych dwóch Polaków umieszczono w osobnym samochodzie (oto kolejny bezsensowny wydatek). Ale odgrodzeni od tłumu miejscowych przybysze zdołali po drodze to i owo zauważyć. Na przykład dzieci wybierające i łykające jakieś ziarna z tego, co leżało obok drogi; nie było to wielkim zaskoczeniem, bo w Polsce wiedziano, że ludność KRLD głoduje. A w czasie dalszych przejazdów po kraju w ramach dość ważnego dla krakowskich biologów programu przyrodniczego demonstrowano im liczne pomniki, fasady gmachów, plakaty itp. dowody kultu UK. Chyba nie mniej natrętne, niż w ZSRR za życia Stalina. M. in. w jakimś leśnym zakątku, gdzie w czasie komunistycznej rewolucji partyzancki oddział towarzysza Kim Ir Sena wyrył na drzewach swoje pamiętne hasła, pnie drzew były okryte specjalnymi osłonami dla ochrony trwałości tych napisów. Ale dla zwiedzających specjalnych gości, automatyczne (pewnie nie tanie) urządzenie pozwalało spuszczać te osłony za naciśnięciem guzika.

Po latach następnym UK został syn wyżej wymienionego, Kim Dżong Il i tenże, dziś schorowany, już wybrał do władzy spośród swoich synów kolejnego Kima (dwudziestokilkuletniego). Tu warto dodać, że rodowe nazwisko Kim nosi prawie jedna czwarta wszystkich na świecie Koreańczyków. Jeden z naszych komentatorów wymyślił jakże trafne określenie szaleńczego ustroju na północy półwyspu: "kimunizm". Szaleńczego, bo pod szyldem marksizmu-leninizmu system ten pozwala nie tylko na śmierć głodową milionów ludzi (na tle luksusów elity, potęgi armii i chyba nie mniejszych kosztów zakłamanej propagandy), ale jeszcze bezczelnie ustanawia rodzinną dynastię! Tego ostatniego zboczenia nie było nawet w stalinowskiej Rosji.

I kontrast nie do uwierzenia: na południu, za prostą równoleżnikową linią rozejmu, działa państwo od kilkunastu lat rzeczywiście demokratyczne (co prawda, po długoletnich, autorytarnych rządach generałów), rozkwitający gospodarczo "tygrys azjatycki", któremu przypada ważna rola we współczesnym cywilizowanym świecie. A to przecież ten sam naród, ten sam język, ta sama historia, taki sam tłum Kimów. Któż zgadnie, co dalej będzie z tą Koreą?


wtorek, 7 grudnia 2010

W grudniu 2010 tematyka czarnej Afryki znowu wciska się obficie na łamy mediów. W relacji w G. W. pt "Rodacy przebaczyli Ogrowi z Berengo" W. Jagielski pisze: "Jean-Bedel Bokassa, były (nie żyjący już) samozwańczy cesarz, tyran i ludojad z Republiki Środkowoafrykańskiej został przez swoich rodaków zrehabilitowany". Rządzący obecnie dzięki zamachowi stanu "rodacy", to w części aktywni członkowie jego dawnego aparatu władzy i uczestnicy rozlicznych zbrodni. Trzeba niestety przypomnieć, że pół wieku temu wielbiący Francję reżim Bokassy był, niedługo po rozmontowaniu przez francuską metropolię jej ogromnego afrykańskiego imperium, popierany przez rząd Giscarda d'Estaign.

A teraz wyborczy zamęt w państwie Wybrzeże Kości Słoniowej, dramatycznie rozdartym na muzułmańską północ i głównie chrześcijańskie południe, odmienne także etnicznie. Wprawdzie to południe ma rozmaite języki, ale jego mieszkańcy są u nas nazywani niekiedy zbiorczo Ivorytami – pewnie od malowniczej nazwy całego państwa, Ivory Coast (to już nie całkiem po francusku!). Otóż wspomniane (demokratyczne!) wybory + niby-prawne przepychanki wyłoniły, jak na teraz, dwu prezydentów: dotychczasowego Gbagbo i nowego Quattarę. A ja niestety nie umiem odróżnić ich wizerunków w mediach. Nie uważam się za rasistę, m. in. podoba mi się czarny kolor skóry, ale kształt nosa i owal twarzy już nie i to może być przyczyną tego mojego słabego postrzegania oblicza obu dżentelmenów. Chyba dotyczy mnie to, co podobno mawiają z przekąsem niektórzy Afroamerykanie: "białasy i tak nie odróżniają naszych twarzy".

Afryki dotyczy też inny, nieco wcześniejszy tekst W. Jagielskiego pt: "Boko haram, czyli wszystko, co zachodnie, to grzech". Spalony słońcem, leżący tuż przez miedzę z Czadem i Kamerunem stan Borno to twierdza nigeryjskich talibów, którzy chcą tam ogłosić odrębny kalifat. W zeszłym roku wojsko utopiło we krwi ich powstanie. Ale talibowie wrócili. Dalej ten artykuł w G.W. kreśli m.in. losy konkretnych terrorystów i dramatyczne okoliczności muzułmańskich buntów w północno-wschodniej Nigerii.

Od siebie pragnę dołączyć garść danych etnicznych. Stan Borno, leżący w skrajnym pasie Afryki subsaharyjskiej, zamieszkały jest w większości przez lud Kanuri, z rodziny językowej nilockiej, spokrewnionej z kilkoma innymi narodami Sudanu. A w sąsiednich stanach Bauchi i Gongola (Yola) przeważają mieszkańcy z grupy Hausa (rodziny semito-chamickiej) oraz częściowo z plemienia Dżukun, należącego do wschodniej grupy rodziny Bantu (ludów murzyńskich). Ta skrócona i dalece niepełna wyliczanka ukazuje nieszczęsną różnorodność nie tylko wyznań, ale również języków i zapewne świadomości plemiennej w olbrzymim ludnościowo postkolonialnym państwie nad Zatoką Gwinejską.

piątek, 26 listopada 2010


NA STYKU Z DYGNITARZAMI

Do dziś wtrącają mnie w zadumę nieprzewidywalne zakręty biegu wydarzeń, które sprawiały że ja, niepoprawny "bezpartyjniak" (upieram się przy tym neologizmie), tyle razy ocierałem się o ważne osobistości PRL-u. Aby to przedstawić na tle ewolucji władz tegoż PRL-u, podzielę tu z grubsza całe powojenne półwiecze na: dekadę Bieruta (do 1956), piętnastolecie Gomułki (do 1970), dekadę Gierka (do 1980) oraz dekadę rozkładu komunistycznych rządów (do 1989). Za Bieruta i po nim, jako najpierw student a później początkujący naukowiec, nie miałem do czynienia z wysokimi urzędnikami. Gdy jednak mój krewny (który czasem zwracał się do mnie żartem "wujku") i pośrednio szef, Zbigniew Tokarski, awansował ze stanowiska dyrektora Zjednoczenia Przemysłu Materiałów Ogniotrwałych na urząd wiceministra Hutnictwa, nastąpiły w moim życiu zawodowym sporadyczne zetknięcia z warszawską elitą władzy. Jednym z nich była całonocna konferencja o tychże materiałach u trzęsącego wówczas całym przemysłem Eugeniusza Szyra. A tak, właśnie obrady w nocy, to było w ówczesnych ministerstwach modne – no bo ukazywało partyjną wytrwałość w realizacji trudnej misji rządzenia!. U szczytu długiego stołu niezmordowany towarzysz Szyr: bystry, elokwentny, panujący nad meritum obrad, umiejący od razu ustosunkować się do zgłaszanych wypowiedzi (także tej, na którą i ja się zdobyłem).

W erze Gomułki i potem Gierka styki z dygnitarzami zawdzięczałem nie tylko jakimś tam komisjom centralnym poświęconym technologii, ale przede wszystkim nagrodzie państwowej za osiągnięcia innowacyjne mojego zespołu. Zostaliśmy więc przyjęci przez samego towarzysza Wiesława, który manu propria raczył podpisać nasze dyplomy. Owego dnia wprowadzał nas na salony partyjne wiceminister hutnictwa Kaim, który słusznie uznał za stosowne, przed audiencją, szybko zapoznać z realiami ceremoniału nas, nieoskrobanych szaraczków z terenu. A zatem: przytakujcie wszystkiemu, co towarzysz Gomułka ewentualnie powie; nie próbujcie tłumaczyć jakichkolwiek zawiłości technicznych; w żadnym razie nie tonujcie zachwytów na temat pełnego wdrożenia waszych osiągnięć w przemyśle. Z samej uroczystości składania podpisu zapamiętałem to: znad podsuwanego mu dokumentu Gomułka obrócił się do tyłu z wyciągniętą ręką i zażądał, żeby mu dać "ołówek". A więc co?: nie była mu wówczas jeszcze znana nazwa długopisu (który mu stresowani dworacy o sekundę z późno podsunęli)?. Nieważne – zaszczytny akt został dopełniony, a ja oglądałem z bliska charakterystyczny wyraz oblicza Pierwszego Sekretarza (trochę uśmiech, trochę grymas) i stałem się (jako przewodniczący nagradzanego zespołu) adresatem jego słów, wypowiedzianych charakterystycznym głosem (trochę skrzekliwym, brzmiącym jakoś nie tak jak to zwykle brzmi u osób ze środowisk wykształconych).

W dekadzie Gierka znalazłem się bliżej PZPR-owskiej "wierchuszki" już nie sporadycznie, ale w rytmie powtarzających się oficjalnych imprez. Była to konsekwencja wspomnianej wyżej nagrody państwowej. Otrzymałem ją w 1970 roku, dzięki zainteresowaniu (w tym momencie już byłego) ministra hutnictwa, Kiejstuta Żemajtisa. Rozmowy z nim wspominam z sympatią, był chyba w większej mierze promującym innowacje utalentowanym inżynierem, niż partyjnym karierowiczem.

W pewnym okresie tematyka moich prac badawczo-rozwojowych znalazła się na styku z tym, czym zajmował się w Katowicach profesor Adam Gierek (syn!). Jednym z elementów tych kontaktów stał się wyjazd naszej grupki na kongres naukowy w północnych Włoszech. I oto już na lotnisku w Mediolanie czekał na nas ugrzeczniony konsul, a potem limuzyny zawiozły nas do hotelu. Oczywiście była to dla mnie jakże fajna niespodzianka. A sam Adam Gierek zachowywał się jak człowiek dość skromny i rzeczowy, którego bodajże polubiłem. Dziś jest politykiem "lewicy".

W latach 80-tych, kiedy mieszkaliśmy już w Krakowie, należałem służbowo do AGH i nie było już delegacji do warszawskich urzędów. I oto zdarzył się jeszcze jeden, jakże miły, kontakt z dygnitarzem: Mirek Handke, niegdyś członek mojej ekipy dziekańskiej, został wybrany rektorem, a potem powołany na stanowisko ministra edukacji w rządzie Buzka. Jego udział w reformach tego rządu zasługuje, moim zdaniem, na wysoką ocenę, a jego osobistą przyjaźń staram się podtrzymywać, na ile okoliczności na to pozwalają. Teraz nie jest już dygnitarzem, ale pozostaje – tak jak to widzę – ważną osobą.

Upłynęło trochę czasu od zapisu j/w. Jako uzupełnienie tych wspominków, wygrzebię dodatkowo z pamięci pewne incydenty z moich zetknięć z innymi niegdyś dygnitarzami (ale niekiedy wciąż jeszcze ważnymi osobami, o ile pozostają na tym świecie). Najpierw o tych, których zaliczam do bywalców Komitetu Nagród Państwowych w późnym okresie PRLu. Zostałem tam wepchnięty (chyba dzięki protekcji Żemajtisa) na przewodniczącego sekcji metalurgii. Przewodniczącymi byli wybitni profesorowie: Smoleński (z Wrocławia) i Roszkowski, a "współsterującym" tow. Kraśko (chyba wtedy członek biura politycznego PZPR), całkiem rzeczowy i raczej nie agresywny ideologicznie (według mojej fragmentarycznej oceny). W kuluarach KNP otarłem się też raz o ówczesnego premiera Piotra Jaroszewicza, ale bardziej pozostało mi w pamięci to, że na kilku sesjach prezydium siedziałem między Kazimierzem Żygulskim, wówczas ministrem kultury i sztuki, a Jarosławem Iwaszkiewiczem. Tego pierwszego pamiętałem ze Lwowa, ze szkoły handlowej w okresie okupacji niemieckiej, jednakże obaj całkowicie tę dawną znajomość pomijaliśmy, pogadując na inne tematy. A Iwaszkiewicz odzywał się dość rzadko; raz zdecydował się na króciutki żart, wypowiedziany tubalnym głosem tak, aby usłyszeli wszyscy wokół długiego stołu obrad. Chodziło o wniosek o nagrodę dla zespołu prof. Bielańskiego z UJ za prace dotyczące sztucznej inseminacji bydła. Na to Iwaszkiewicz: "biedne krowy!". Śmiechu jakoś nie było (wniosek zresztą przeszedł).

W późnych latach rządów PZPR władze wymyślały m. in. konferencje w sprawie postępu nauki i techniki, w szumnie zwoływanych gremiach o uroczystych nazwach. Uczestniczył w nich nasz profesor Jerzy Grzymek, niegdyś wiceminister i ważny członek partii. Grzymek dostrzegł już wcześniej moją obecność na wydziale i okazywał mi coś w rodzaju sympatii. Właśnie w przerwie jednej z wspomnianych uroczystych konferencji warszawskich, kiedy jedliśmy na koszt państwa dość smaczny obiad, Grzymek aktywnie kręcił się po sali i zdołał ściągnąć do naszego stolika samego szefa obrad, Jaruzelskiego. Tak więc mam w życiorysie elegancki wspólny posiłek z tą, wówczas bodaj najważniejszą, osobą w kraju. Ale z treści obiadowej pogawędki nie zapamiętałem nic.

czwartek, 18 listopada 2010

Nazwisko Kaczyński przewija się teraz nieustannie przez nasze media. Nie jest to mój ulubieniec, chociaż przed laty występ obu bliźniaków w uroczym filmie "O dwóch takich co ukradli księżyc" bardzo mi się spodobał. To właśnie nazwisko jeszcze dawniej poruszyło mnie w czasie lektury głośnej antywojennej powieści niemieckiej o latach 1914-1918 p.t. "Na zachodzie bez zmian". Rzeczywisty autor to Erich Maria Kramer, ale publikował (jak to było kiedyś modne) pod pseudonimem: E. M. Remarque; nazwisko niby francuskie, wzięte z tego prawdziwego pisanego wstecz. Tytuł książki, którą wspominam, to dosłownie komunikat dowództwa niemieckiego z ostatnich dni ówczesnej wojny, już przegranej, ale z utrzymującym się jeszcze zachodnim frontem. Owego dnia na froncie zmian istotnie nie zanotowano, bo to, że ktoś zginął (wśród poległych był właśnie młody bohater powieści), nie miało żadnego znaczenia. Piszę to, aby wskazać inną ważną postać książki, doświadczonego żołnierza nazywanego przez kolegów "Kat" - wzór tego, co według Remarque'a stanowi w czasie wojny jedyną ludzką wartość: Kameradschaft (=koleżeństwo). Otóż pełne nazwisko tego szlachetnego żołnierza (zapewne poborowego z ziemi wielkopolskiej) brzmiało, w pisowni niemieckiej: Katchinsky.

wtorek, 16 listopada 2010

Teraz, w listopadzie 2010, wspominam moje służbowe wypady do Japonii, których było 4. Wszystkie one, o dziwo, przypadały też na listopad, w latach 1978, 1982, 1983 i 1987. Zawdzięczam to swojemu pomysłowi technologicznemu, który nazwałem "Calcar". Chodzi tu o specjalną odmianę materiałów ogniotrwałych, o składzie opartym na tlenku wapnia (calcium oxide) i węglu (carbon). Ten skrót funkcjonował wtedy dobrze – niedługi i trochę tajemniczy, a sama technologia okazała się udana, bo zakupiła ją firma "Harima Co." z Japonii. Tam właśnie objaśniałem tajemnice różnych wariantów Calcaru, pomagałem to uruchomić, jak również zachęcić do przyszłych zastosowań inżynierów ze stalowni głównego klienta Harimy, koncernu Nippon Steel. Określam nazwę Calcar jako trochę tajemniczą, bo w specjalistycznych publikacjach, choć od niej nie stroniłem, nie wyjawiałem najważniejszej zasady całej technologii. Pewnego roku zjawił się u mnie na konsultacje delegowany z (wówczas sojuszniczego) ZSRR młody sympatyczny inżynier, który oglądał to i owo w laboratorium i w hali technologicznej Instytutu Materiałów Ogniotrwałych w Gliwicach. Na koniec swego pobytu zapytał mnie tonem, który sygnalizował poczucie zbyt daleko posuniętego zainteresowania cudzą tajemnicą techniczną: A kalkary – szto eto takoje?. Demonstrując nie udawaną sympatię, poinformowałem go o pewnych zasadach i nawet szczegółach, jednak nie o najważniejszym "triku" procedury technologicznej. On w zamian pokazał mi, jak wiązać krawat w idealnie symetryczny trójkąt - jak powiedział: "po amerykańsku" (skąd on to wiedział?); odtąd zawsze ten sposób stosowałem. A wspomniany "trik" przedstawiłem tylko specjalistom Harimy, nabywcom patentu i licencji wraz ze szczegółami "know how". Do dziś delektuję się efektem, który opis "triku" wywołał na obliczu dyrektora technicznego japońskiej firmy. Nigdy przecież nie widziałem, żeby jakiś "żółtek" poczerwieniał z wrażenia. Późniejszy przypływ korzyści materialnych od naszej socjalistycznej firmy Polservice nie był oszałamiający, bo autorom eksportowanego wynalazku przysługiwało tylko 10 % wartości kontraktu. Ale zostało to wypłacone, i to w dewizach!. I jeszcze wracając do mojej ówczesnej satysfakcji z wymyślenia samej nazwy: dopiero teraz, w erze internetu, dotarło do mnie przez wyszukiwarkę, że zlepek słowny Calcar to niestety nie było nic osobliwego. Są takie nazwy towarów, firm, nawet nazwiska!.

W tej notce pragnę wyeksponować pewien szczególik z japońskich peregrynacji: uważam, że w obcych krajach najbardziej użytecznym dla cudzoziemca słowem w miejscowym języku jest za zwyczaj "dziękuję". Z dawniejszego pobytu w Albanii zapamiętałem właśnie to jedno: "faleminderit". A w Japonii to brzmiało: "arigato'". Zresztą tamtejszy inżynier Yokoyama bąknął mi przy jakiejś okazji, że bardziej elegancko byłoby dziękować słowem "domo". I dopiero niedawno uświadomiłem sobie, że "arigato'" jest może trochę przekręconą formą portugalskiego "abrigado" = "dziękuję". A to właśnie Portugalczycy pierwsi w historii uruchomili na wyspie Kiusiu handel Europy z Japonią (i nawet udały im się wówczas jakieś nawrócenia na chrześcijaństwo). Na tle tego wyjątkowego słowa budzi się dla mnie podziw dla światowej ekspansji języka Portugalii - tego małego przecież kraju na skraju Europy. Niegdyś werdykt papieża przegrodził południkową linią podziału Amerykę południową, "przydzielając" Portugalczykom wschodnie wybrzeże i teraz 200-milionowa Brazylia mówi ich językiem, urzędowym również w niektórych postkolonialnych państwach Afryki. Z imperium w Azji południowo-wschodniej wypchnęli ich Holendrzy, ale Timor Wschodni nadal używa portugalskiego i związane z dawną metropolią tradycje zapewne trwają jeszcze m. in. w Goa w Indiach i w obecnie chińskim Makao. A Brazylia ostatnio rosła wyraźnie w siłę dzięki udanym rządom prezydenta Luli (została "ululana", jak to zgrabnie określił jeden z naszych komentatorów). I przewiduje się wśród światowych politologów, że stanie się niebawem prawdziwym mocarstwem. globalnym.

piątek, 12 listopada 2010

Niepodległość Polski to ważne wydarzenie w historii Europy XX wieku. Warto dopowiedzieć, że pamięć święta listopadowego trzeba nierozerwalnie łączyć z pamięcią o tym, co nastąpiło później: naszym zwycięstwem w wojnie z bolszewikami. Zacytuję tu ze znanej książki ( Norman Davies: Boże Igrzysko, str. 503) fragment wypowiedzi ówczesnego (chodzi o rok 1920) ambasadora brytyjskiego w Berlinie, lorda D'Abernona: "Bitwa pod Tours uratowała naszych przodków przed jarzmem Koranu; jest rzeczą prawdopodobną, że bitwa pod Warszawą uratowała Europę Środkową, a także część Europy Zachodniej przed o wiele groźniejszym niebezpieczeństwem: fanatyczną tyranią sowiecką". Przedtem, w jesieni 1918 roku, po ustaniu działań wojennych na zachodzie, wokół Rosji już rządzonej przez Lenina, oprócz niepodległej Polski "wybuchły" 4 nowe, małe (w sensie liczby ludności) organizmy państwowe: Finlandia, Estonia, Łotwa oraz skłócona z Polską o Wilno Litwa. Notabene Litwa to jedyna spośród tych czterech, która w dawnych wiekach była państwem, i to silnym. Jest oczywiste, że gdyby nie pokonanie Armii Czerwonej przez naszą, pośpiesznie sformowaną po ponad stu latach nieistnienia, regularną siłę zbrojną, Rosja szybko zrealizowałaby powrót nad całe wschodnie wybrzeże Bałtyku. Na szczęście (w dużej mierze dzięki polskiemu zwycięstwu) musiała z tym poczekać aż do drugiej wojny światowej; dopiero wtedy połknęła trzy spośród wymienionych "maluchów". Czwarty, ten północny (terytorialnie nie maluch!), zdołał formalnie zachować swoją państwowość, tracąc tylko kawał terytorium (z miastem Wyborg); przetrwał aż do rozpadu ZSRR. Ratowała go sprytna, choć nie wolna od upokorzeń, polityka, nazwana "finlandyzacją", czyli: "ograniczenie przez obce mocarstwo swobody polityki zagranicznej innego państwa, w zamian za brak interwencji w jego politykę wewnętrzną". A Łotwa i Estonia mają do dziś wielki problem z mniejszością rosyjskojęzyczną, której liczebność sięga niemal jednej trzeciej obecnego ogółu obywateli tych państw. Dlaczego, do licha, w latach 40-tych tylu Rosjan opuszczało swój przodujący ustrojowo kraj pchając się do tych zacofanych postkapitalistycznych kraików, które towarzysz Stalin łaskawie zgodził się włączyć w skład ZSRR?

Ale wracając do roku 1918, warto przypomnieć, w nawiązaniu do wypowiedzi D'Abernona, że w pokonanych na zachodzie Niemczech tliła się wtedy rewolucja (m. in. rozruchy w Berlinie i Monachium). Zdemoralizowana armia niemiecka na wschodzie nie zdołała się jeszcze wycofać z wielkiego, sięgającego aż po zatokę fińską obszaru, określanego skrótem Ober Ost. Z dawnego imperium Habsburgów wyłaniały się, podobnie jak na północy, mniejsze państwa narodowe. Na Węgrzech zwyciężyła, na szczęście na krótko, parta komunistyczna, którą kierował Bela Kun (właściwie Cohn, z rodziny żydowskiej, wywodzącej się – właśnie z Rosji!). I jeszcze dalej, w Grecji, powstała wtedy partia komunistyczna. Gdyby więc Armia Czerwona zdołała przenieść w głąb Europy płomień światowej rewolucji (po trupie Polski, jak powiedział Tuchaczewski), znalazłaby w tejże Europie licznych sojuszników. A nowe państwa od razu straciłyby prawdziwą niepodległość.

I jeszcze raz o tej wojnie, która uratowała polską niepodległość, cytat z przedmowy A.J.P. Taylora do książki Daviesa p.t. "White Eagle/Red Star": "The war was far more than an episode in East European affairs. It largely determined the course of European history for the next twenty years or more."